![]() |
Do tej pory używałem chińskiego.
Podstawa mikstury to imbir, kurkuma (w Intermarche) kupiłem swego czasu za 16zł/kg, ów cynamon i pieprzem jako mocno synergiczny z kurkumą. Równolegle nieśmiertelny czosnek itd. Kupiłem cejloński na allegro. Porównam. Cejloński nie ma tyle kumaryny Dzisiaj zjadłbym muchomora, gdyby miał mi pomóc. Czekają mnie cztery dni zapier... |
1 Załącznik(ów)
Przygoda, to wyrwa w rutynie.
Wszystko może być przygodą. Np. ogródek. |
Niemy bandyta.
Największe bogactwo mego mieszkania stanowi widok roztaczający się z moich okien: morze i pokryte lasami wzgórza otaczające Gdynię. Na dach przed moimi oknami można od biedy dostać się po gałęziach olbrzymiego drzewa włoskiego orzecha, rosnącego przed domem. Przejście z dachu do mieszkania nie przedstawia wielkich trudności. Gdy wróciłem któregoś dnia do domu, nic nie wskazywało, by ktoś obcy dostał się do mieszkania. Okna wyglądały na nienaruszone. Szyby były całe. Powiesiłem płaszcz w moim miniprzedpokoju. Przeszedłem przez pokój, w którym piszę przy oknie z widokiem na Hel. Żadnych śladów bytności obcego człowieka. W sypialni zdjąłem kurtkę i podszedłem do drzwi pokoju, w którym pracuję. Na drzwiach są szaragi. Za drzwiami kaflowy piec z drzwiczkami od paleniska. Za nimi drzwi do umywalni. W momencie gdy byłem odwrócony plecami do drzwi od łazienki i usiłowałem powiesić rozpiętą już na wieszaku kurtkę, poczułem nagle przyłożoną do kręgosłupa lufę rewolweru. Zastygłem z rękami podniesionymi do góry. Odwrócony plecami do napastnika, czekałem na jakiś jego rozkaz. Przyszło mi na myśl, że musiał znajdować się w łazience, w chwili gdy byłem odwrócony do niego plecami, i błyskawicznie wsunął się do sypialni przez bezszelestnie otwierające się drzwi. Wtedy przystawił mi lufę rewolweru do pleców. Byłem zaskoczony niezwykłością nieprzewidywalnej i — jak mi się wydawało — najzupełniej bezsensownej sytuacji. W żadnym wypadku nie mógł to być czyjś żart. Czekałem milcząc. — Panie, o co panu chodzi? Bandyta milczał. — Pieniądze są w kurtce. Kilkaset złotych. Powiesiłem ją przed chwilą na drzwiach. Brak odpowiedzi. — Panie, nie mogę się domyślić, czego pan ode mnie chce. Proszę powiedzieć. Głucha cisza. — Jak długo ma pan zamiar mnie tak trzymać? I to pytanie pozostało bez odpowiedzi. Sytuacja wydawała mi się coraz bardziej bezsensowna. Gdyby nie dobrze wyczuwalny koniec lufy, przytknięty do pleców, myślałbym, że zasnąłem stojąc i śnię. Usiłowałem wczuć się w sytuację bandyty. Dlaczego milczy? Jeśli mnie nie unieszkodliwi, podniosę alarm. Za łup kilkuset złotych nie opłaci mu się siedzieć. Prawdopodobnie jest to nowicjusz. Być może zastanawia się, co będzie, jeśli mnie zamorduje. Ale w jaki sposób? Strzał posłyszeć mogą sąsiedzi. Uwięzić mnie w pokoju nie może, bo jak sam już się przekonał — żadne drzwi w domu nie zamykają się na klucz, z wyjątkiem wyjściowych. Rozumując dalej, doszedłem do wniosku, że do mieszkania trafił przypadkowo i nie zdążył wyjść przed moim powrotem. Zaskoczyłem go. W mieszkaniu oprócz książek nie ma nic wartościowego. Stara maszyna Remington do taśmy jedenasto milimetrowej, której już nikt nie produkuje. — Panie — mówiłem do bandyty — rozumiem, dlaczego pan milczy. Pomylił się pan. Nie mam do pana pretensji. Będzie pan mógł spokojnie odejść. Nie mam zamiaru pana ścigać. W mieszkaniu oprócz książek, starej maszyny do pisania i kilkuset złotych nic więcej nie ma. Nie wiem, co pana do mego domu sprowadziło. Zbierał pan na drzewie orzechy i wpakował się bezmyślnie w trudną sytuację, bo drzewo do pana się nie nachyliło, gdy chciał pan zejść z dachu. Jeszcze raz powtarzam, nie mogę się domyślić, co pan zamierza i czego pan chce. Proszę, niech pan wreszcie powie. Bandyta uparcie milczał. Zacząłem tracić cierpliwość. — Jeśli pan nie chce, bym pana widział, bo może jest pan moim znajomym, to ja przesunę się do łazienki, zamknie pan od niej drzwi paskami wiszącymi w szafie obok. Przywiąże pan klamkę od łazienki do drzwiczek pieca. Nie będę mógł uwolnić się natychmiast, pan tymczasem wyjdzie spokojnie z domu. Zanim uda mi się wybić szybę w drzwiach łazienki i zdjąć paski z klamki, pan już będzie daleko. Zgadza się pan? Bandyta milczał. — Proszę pana, wydaje mi się, że jest to najbardziej rozsądne i dla pana korzystne rozwiązanie. Jeśli to panu nie odpowiada, proszę powiedzieć, czego pan chce ode mnie? Bandyta milczał. — Jeśli panu nie dogadza moja propozycja kompletnej bezkarności, znaczy to, że chodzi panu o coś zupełnie innego. Czy przyszedł pan mnie zabić? Jeśli tak, jest pan zupełnie niepoczytalny, a na to nie mam już żadnej rady. A więc niech pan strzela! Proszę przesunąć lufę wyżej i w lewo. Nie mam ochoty długo się męczyć. Bandyta milczał. — Nie chce pan strzelać z tyłu? Niech pan strzela z przodu. ODWRACAM SIĘ! Zrobiłem półobrót w lewo, lufa rewolweru przesunęła się po plecach i po chwili usłyszałem stuknięcie trzonka miotły o kafle pieca. Wychodząc z domu, zostawiłem miotłę w równowadze chwiejnej przed drzwiami łazienki. W chwili gdy wieszałem kurtkę, miotła zmieniła się w niemego bandytę, przykładając mi koniec kija do pleców. Kij wspaniale imitował lufę rewolweru. Treść z: „Kapitan Własnej Duszy. Borchardt znany i nieznany” Ewy Ostrowskiej. |
Baśnie z tysiąca i jednej nocy
Pamietacie?
Gdzies tam w pomroku wykasowanych postow El pisal... Dzień dobry, zawsze bałem się pustyni. Może nie tak, jak dżungli, bo dżungli to boję się bardziej niż hipochondryk koronawirusa. Przemierzam teraz rowerem pustynię, taka prawdziwą, bez wody, bez niczego, bez ludzi... Dziwne... niczego mi nie brakuje. Nieuchronnie zmierzam ku dżungli... cha cha. Może mnie jednak wcześniej pustynia pochłonie. Tne ją na szagę ale ona mnie nie chce... codziennie, niezmiennie wypluwa. Przyplątał się mi jakiś szajbnięty Francuz i nie odpuszcza. Ni chuja go nie rozumiem. Taszczy ciężki w chuj akordeon w trudzie, jak ja pcham mego ruska i tak razem przez te piachy już od bodaj czterech czy pięciu dni, brniemy bez sensu na południe. Wieczorami tniemy razem. On na akoerdonie, ja na defilu - polskiej gitarze, co ni chuja nie stroi. Dostałem ja w prezencie od kolegi, którego babcia była ostatnim prezesem tej lutniczej fabryki a gitara rzeczona, ostatnim instrumentem, który upadłą fabrykę opuścił. Wieczory upływają nam mniej więcej w takim klimacie: tak sobie popierdalamy... nie ma potrzeby nic rozumieć. |
Baśnie z tysiąca i jednej nocy
Dzień dobry,
pora procesu wybrana nie przypadkowo. Strach zabija duszę a ona musi mi jeszcze trochę towarzyszyć. Musi, nie musi... Idzie jak krew z nosa, bo pustynią nie da się jechać na rusku. Trzeba ruska pchać a kiedy wieje... Dlatego nie będę już tędy wracał. Wspierają mnie wyże znad Atlantyku. Natura uparcie pcha mnie w objęcia dżungli, ja uparcie pcham ruska. Zasadniczo nie jest to nic nowego. Nauczyłem się go pchać w niebotycznych górach po środku niczego ale to jak pierdnięcie muchy w huraganie. Pierdnięcie do tego, co się dzieje tutaj. Kusi asfalt z jednej strony i wiatr, który wieje w plecy, czasami ze znaczną siłą. W plecaku mam Gobi Messnera i Zielone piekło Maufraisa. Czytam, kiedy jestem sam. Jeszcze nie pora na zielono piekło. Nadejdzie z porą deszczową. Teraz mam tego Francę na karku... No nie da się typa nie lubić. Zresztą nie umiem mu powiedzieć po prostu "spierdalaj", bo nie wiem jak to jest po francusku. Miałem rozmówki polsko-francuskie ale zgubiłem. Jest gógle translator w hammerze ale nie działa i nie będzie. Bo tryb jest - lata 80-te. Ukraina tylko "nie z trybu", bo rocznik 1974. Zresztą miałem dwa ruski do wyboru. Ją albo białorusina MWW3, młodszego ale w takiej podróży doświadczenie ma znaczenie. Piszę, kiedy mam dostęp do internetu. Mam, to piszę. Europa się nie liczy. Nie ma już Europy lat 80-tych. Afryka bywa. Pustynia jest. No i jest Franca z akordeonem... To, czego nie ma to pieniędzy i odwrotu. To, co jest na 100%, to znana choroba cywilizacyjna XX/XXI w. To nie bzdet - koronawirus, bo ten zdaje się teraz poniewiera (umysły bardziej) Europejczyków. Moja to prawdziwy król. Ten król nie bierze jeńców. Jest jeszcze dziennik w kratkę i długopis. Nikt nie wierzy, że pisze go ja, dopóki nie przeczyta. Ten charakter pisma absolutnie nie pasujący do sprawcy... Długopis z jednym wkładem, którego na pewno nie zużyję do końca. Gdzieś tam dotarło, że "mnie już nie ma". Moje serce zostało w domu, podróżuje ciało, oba łączy dusza i żona. Ale nie o tym, bo resztki łez wyciska... a H2O w cenie jest. Tu i teraz wstaje słońce i wstaje Żak. I się kurwa cieszy... Król życia. Nijak nie pasuje mi do trybu... ale jest. Jego marzeniem (najprawdopodobniej) jest przejechać się koleją Nawazibu – Zuwirat w wagonie towarowym, na węglu czy tam rudzie... My marzymy o kolei transsyberyjskiej, Francuzi o mauretańskiej. Niech mu będzie na zdrowie, też się przejadę. Toubkala mam za sobą, przede mną/nami ostaniec Kudjat Idżdzil. Pierwotnie w ogóle o tym nie myślałem ale spotkałem Francę. Franca Żak. Strasznie mu te nadane przeze mnie imię pasuje. Pasuje mu w sensie, kiedy go tak nazywam. Umie już całkiem ładnie powtórzyć: - wstawaj kurwa franco żaku! Z dobry kwadrans tłumaczyłem mu zawiłości polskiego języka w kwestii zwrotu "franca żak" - "franco żaku". Wydaje mi się jednak, że nie do końca zrozumiał, o co chodzi. Powtarza jedno i drugie, nie oczekuje nagrody. Podejrzewam, że "wstawaj kurwa" traktuje jako "dzień dobry". Wstaje i szczerzy zęby. Wczoraj, kiedy po raz kolejny pokazywał mi wyświechtane zdjęcie z jakiejś francuskiej gazety - murzyna na węglu w wagonie kolei mauretańskiej zrozumiałem, że coś nas jednak łączy. Franca Żak ma 63 lata a ja dokładnie tyle ile kolej mauretańska. Czy to jest jakiś znak? Franca Żak. Cdn. |
"Baśń" pisałem z początkiem marca 2020.
Teraz jadę do roboty. Nie udało mi się pozbierać, trza będzie cierpieć jak na pustyni. |
Wytrzymałem do 15-tej.
Karpik zauważył, że mam ryj tak czerwony, jak najbardziej czerwony komunista. W komunie przeżyłem 26 lat więc doświadczenie mam. |
|
Zdycha mi się, czyta mi się...
Mam cztery gitary. Nic takiego. Esteve nr 1. Typowe flamenco i dwie Yamahy. C40M i CG120-A. Ta druga wpadła mi w ręce przypadkowo. Bez strun i brakuje siodełka w mostku. Bardzo jestem ciekaw jej brzmienia. Wyląduje na przegląd: http://segaguitars.com/o-mnie/ Czwarta to akustyk. A skoro gitarowo, to zacytuję gitarową historię z profilu aeroświr. W 2008 roku kanadyjski muzyk Dave Carroll leciał przez lotnisko Chicago OâHare. W pewnym momencie pasażer siedzący obok niego spojrzał przez okno i powiedział: "O mój Boże, oni rzucają gitarami." Okazało się, że pracownicy obsługi bagażu faktycznie rzucali instrumentami podczas rozładunku samolotu. Wśród nich była gitara Carrolla â warta około 3500 dolarów Taylor. Po wylądowaniu okazało się, że instrument jest zniszczony. Carroll przez dziewięć miesięcy próbował uzyskać odszkodowanie od United Airlines, ale linia odmówiła wypłaty, tłumacząc, że zgłoszenie zostało złożone po 24-godzinnym terminie reklamacyjnym. Wtedy muzyk zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Napisał piosenkę pod tytułem "United Breaks Guitars" i wrzucił ją na YouTube w 2009 roku. Film w ciągu tygodnia osiągnął milion wyświetleń i stał się najpopularniejszym klipem muzycznym na świecie. Do dziś ma dziesiątki milionów wyświetleń. Skutki były bardzo poważne. Sprawa stała się głośna na całym świecie, a według analiz wartość akcji United spadła o około 10%, co przełożyło się na spadek wartości firmy o około 180 milionów dolarów. Wszystko przez jedną zniszczoną gitarę i źle potraktowanego klienta. Linia lotnicza w końcu zadzwoniła do Carrolla z przeprosinami i zaproponowała odszkodowanie, ale było już za późno. Muzyk odmówił przyjęcia pieniędzy i poprosił, aby przekazano je na cele charytatywne. United przekazało 3000 dolarów na instytut jazzowy Thelonious Monk Institute. Historia stała się później studium przypadku w Harvard Business School jako przykład tego, jak w erze internetu jedna historia klienta może wpłynąć na wizerunek i finanse wielkiej korporacji. Bo czasami jedna piosenka może być silniejsza niż dział prawny dużej firmy. A skoro gitara, to i muzycznie. Minęło tyle lat, ile żyję od czasu, kiedy w polskim radio puszczono pierwszy raz Beatles'ów. To wszystko jest coraz bardziej smutne. Mój czas przyspiesza. I to jest zgodnie z ogólną teorią względności zgodne, bo ja wyraźnie zwalniam. Dzisiaj kulminacja. Grabież jednej godziny akurat teraz, kiedy ja się muszę regenerować... Chamstwo i wielkomieszczaństwo. |
Przeżyłeś 26lat i co, masz jakieś pomysły na ten ustrój ?
|
Komuniści mają.
Z perspektywy 63 lat mogę dodać tylko, że nic nie trwa wiecznie. Warto nie popełniać tych samych błędów, umieć się do nich przyznać. Wszystkie działania Niemców od 2015 roku, to jedna wielka pomyłka. Sami przyznają. Teraz wracają do... węgla. Cytat:
co to znaczy - cywilizacyjny zasięg... Zupełnie wyjątkowa sytuacja dla mnie, Ciągle jest mnie dwóch w zasięgu.. Ten jeden chce żyć, ten drugi umiera... Ale ciało jedno. Dwóch nie pomieści. Dusza tak... Pojedźcie do byle jakiego szpitala i usiądźcie przy łóżku umierającego na raka. Powiedzmy na tego, który mnie dopadł. O czym będziecie z nim/ze mną rozmawiać? Nieba przychylicie? Męczące jest to trwanie przy ciele... Na szczęście to nie koronawirus. Zwykły rak nieborak, bo statystyka dla raka jest bardziej chujowa niż dla eboli np. Przegrywa. Wszyscy mamy raka. Jedni umierają na niego stricte sensu, drudzy z nim, trzeci i tak... To był mój drugi pobyt w szpitalu. W 2017-stym pierwszy raz w życiu. Pierdola. Teraz drugi. Nie pierdoła. Wynik? Standardowo 3 m-ce życia. Nagły zjazd fizyczny w finale, szybki połów w Styksie, koniec. Statystycznie dwa tygodnie. Decyzja? Zwiewam. Zawsze bałem się trzech żywiołów. Wody, pustyni i dżungli. ZAWSZE. Pływać nauczyłem się tak późno, że później nie można było. Na egzaminach wstępnych na AWF. Potem wszyscy moi najbliżsi kumple byli... pływakami. Pływakami bardzo lub jeszcze lepiej, niż dobrymi. Wszystkim jak jeden, złamałem kariery. Piłem z nimi alkohol. Dopóki mnie nie znali, nie znali smaku alkoholu. Jeden z nich, który był bliski złamania 54 sek. na 100m dowolnym (1984) poznając mnie złamał nogę. Był pierwszym chłopakiem mojej przyszłej żony. |
Baśń zatem dalej trwa
Czy czytają ten wątek ludzie z Czarnego Lądu?
Dzień dobry, pustynia. Sobie tam jestem sam. Uciekam, a oni zawsze tam są... Zawsze towarzyszyło mi "szczęście". Praktycznie zawsze... W najbardziej dramatycznych okolicznośiach przychodziło "szczęście" i coś tam załatwiało za mnie. Nie ma szczęścia. Nie oczekuję. Chcę być sam. Pustynia. Pusto jak chuj, definitywnie kończy się woda. I tak wiem, że w Maroko nie ma pojęcia pustki, choćbym akurat teraz tej pustki bardzo chciał. On się na bank pojawi... Tubylec... i coś powie. |
Baśń...
Dzień dobry,
Pocałunek. W końcu odezwała się planeta i wysłala umyślnego. Ten czekał z wieściami do rana w bucie. Hieroglify popłyneły z kolca, nie odczytalem kodu. Spokojnie czekałem. Wieczorem przyszła gorączka. Franca Żak był przy mnie. Siedział i patrzył tymi swoimi ciepłymi oczami. Pedał... ale... Co on tu właściwie robi...? Towarzyszy mi kolejny dzień nie mając nic. Jedyne co ma, to ten kurwa akordeon... Dekatlonowe ciuchy w których śpi bezpośrednio na glebie, wcześniej moszcząc sobie legowisko na zasypanych piaskiem kamieniach kumulujcych ciepło ogniska... Na dzień odpina nogawki na wysokości kolana, na wieczor przypina. Przypałętaj się po środku niczego. W miejscu, w ktorym szybciej spodziewalbym sie końca świata niźli człowieka białego. Od dwóch dni nie widziałem nikogo, kompas prowadził mnie prosto na poludnie, w objęcia Algierii. Wtedy myślałem tylko jedno. Niech się dzieje co ma dziać. Dnia trzeciego skończyłaby się woda i wtedy pojawił się Żak. Znikąd. Po prostu rano był. Kiedy usłyszalem dźwięk akordeonu przyszły mi do głowy trąby Jerycha. Słucham tych trąb i myślę sobie: pustynia spiewa. Wagnerowski ton... martwy, pusty dwor. Otworzył butelkę i podał mi wodę... ----------------------------------------- Kładzie mi kompres z chusty afgańskiej mej oryginalnej i patrzy... Czego kurwa ty ode mnie chesz?! Po nocy przychodzi dzień, słoneczny - ze swoją gorączką, mojej nie ma. Został spuchnięty serdeczny, prawy palec i on. Gorzka, czarna kawa zagotowana na ruskim prymusie, dwa kubki. Ostatni chlup śmietany sprawiedliwie wypłukanej do ostatniej kropli z kartonika. Pcham rower na zachód od kiedy Żak sie pojawił. Nie wiem czemu. Sakrum zostało profanum. Wrócę na pustynię sam. Teraz ocean. Wsiąść do łodzi, płynąc z prądem Golfstromu pchany passatami w objęcia Morza Sargassowego... William Wiliis... Niespełnione marzenie, Mój rusek mój One - pchany przez pustynię. Martwe morze stąpi wokoół nas, nadziei brak na wiatr... |
Baśń...
Dzień dobry,
kiedy człowiek umiera, zwiększa się zainteresowanie jego ososbą, o ile kto wie. Co umierający typ ma do powiedzenia, staje się mniej istotne. Pustynia, to dobre miejsce do umierania. Ale nie przy głównej drodze. Wyjebać się w kosmos na przypadkowej minie, każdy glupek potrafi. Pójść w pizdu - ciut trudniej. Tak zrobiłem ja i praktyka pozkazała, że chuja to warte. Mam kolegów, którzy takie samobójstwo popełniają za każdym razem, kiedy ruszają tyłek w teren. Tam - są zupelnie innymi ludźmi. Potem wracają i znowu są sobą... Tam, z dala od domu grali... Fajni aktorzy. Ja tak nie potrafię... Tam jestem sobą, gram na miejscu. To stąd dysonans poznawczy tych, którzy mieli nieprzyjemność. Moja nieprzyjemność, to gra. Tam u was dzień kobiet? To powiedzcie im, niech rodzą dzieci. |
Baśń...
Dzień dobry,
Afryka zaczyna się tu, Afryka znana mi z literatury, zwana czarnym lądem. Może to lepiej, że tu rozmieniam ostatnie 100eu...? Wiza do piekła. Normalnie kipiałbym emocjami. Nawet best frend z zaparkowango przed granicą mercedesa czuje, że coś tu jest nie tak, ciągniąc od okienka do okienka, macha zniechęcony reką. Jakby nie chcial jej ostatecznie przyłożyć do tego, co ma mnie spotkać. Nic nie czuję poza jakąś dziwną awersją. Jestem na bazarze z butami... Muszę jakieś kupić, bo nie mam w czym chodzić. Sterty używanych i nowych chińskich... Tak się właśnie czuję. Kupuję, biorę, idę... Inna sprawa, to Franca Żak. Na jego widok szef wszystkich szefów wyraźnie podekscytowany zaprosił go do siebie. Wyściskali się i kiedy ja zaliczałem okienka (5 czy 6) jak na dworcu kolejowym, niósł się dźwięk akordeonu. Widać, że się panowie znają i to całkiem nieźle... Normalnie, to mega atut ale mi jest wszystko jedno. Pomyślalem nawet, by wsiąść na ruska i pojechać samemu. W sensie spierdolić po prostu. Dokładnie w tym momencie dźwięki ucichły i chwilę potem pojawił się Żak. Złapał mnie za rękę i coś pierniczył po swojemu. Wydaje się, że o jakimś aucie. W istocie po kwadransie wylataną do granic białą toyotą corollą zajechał czarny jak smoła jegomość. By się zapakować muszę odkręcać oba koła, co mnie na maksa zniechęca. To ostatnia rzecz na jaką mam ochotę. Nie chcę, dojadę... Nawazibu, Nawazibu... Ni chuja. Smoła szybko sięga po worek z kluczami i sprawnie odkręca kola, w oka mgnieniu. Nie ma sensu prostestować. Wciskam się między nie i rower na tylnym siedzeniu z otwarta klapą. Dopiero teraz tak naprawdę uświadamiam sobie istnienie muru. Wału ciągnącego się na przestrzeni blisko 3000km. Fizycznie go widzę i nie ma opcji, by go przejść. Dociera to do mnie teraz ze wzmożona siłą. Ciasnota w aucie potęguje... Czuję się fatalnie... Spętany, bez możliwości ruchu... I w tym momencie siedzący na fotelu pasażera Żak odwaraca się do mnie i wymachuje swoim kawałkiem gazety. Uwolnić się, uwolnić natychmiast! Stajemy przy kilku chatach rybackich. Wita nas drugi Smoła, potem trzeci. Czuję się jak w Rewie. Przysiadam na ławeczce z widokiem na ocean. Dzieje się coś dziwnego... |
Baśnio trwaj...
Łezka mi chciała pocieć... Wstrząsany atakami kaszlu od godziny, próbuję się odnaleźć ponownie na Czarnym Lądzie...
Dzień dobry, musimy się spieszyć, bo czas ukieka. Życie przecieka przez palce... Wracam pamięcią do pierwszych obrazów pustyni utrwalonych pocztówkami z lat 80-tych ubiegłego wieku. Jej wyobrażenie w oczach przeciętnego turysty, to morze piasków przypominających wydmy w Łebie. Takie i moje było. Z tych wyidealizowanych, piaszczystych, to... nie widziałem praktycznie żadnej. Stałem u wrót Taklamakan i na tym koniec. Pierwszą moją zaliczoną, prawdziwą pustynią - taką z geograficznej nazwy, była pustynia Lut. Tej po drodze - Wielkiej Pustyni Solnej jakoś nie zauważyłem. Myślałem wtedy, co to kurwa za pustynia, na której nie ma plażowego piasku...? Do momentu, kiedy zjebała się ciężarowka, która nas wiozła na granicę z Pakistanem... W środku perskiego lata, w zenicie... Wtedy zrozumialem, co to znaczy pustynia... Nagrzany piasek topił osnowę opony, roztapiał nam mózgi. 1986r. 31 lat później zatrzymałem toyotę (Elwooda), by poprawić fanty na bagażniku. 2007... przystanek w kazachskim stepie gdzieś za Karabutak. Flauta, upał... Wspomnienia wróciły. Mówię dwóm pedałom, moim towarzyszom, że gdyby się nam teraz toyota zjebała i nikt by nie przejechał w ciągu trzech dni, to wypiłbym ich krew, by przetrwać. Parę godzin poźniej spadł deszcz... Kazachowie ten 380km odcinek do początków asfaltu przed Aralskiem do 1105 kilometra nazywali doliną śmierci. Dzisiaj leży tam piękny asfalt i nikt nie kojarzy w cziom dzieło. Smoła z braćmi, czy ki chuj tam, przynoszą smażone, morskie ryby. Schodzą się wszyscy rybacy i siedzą. Siedzą i jedzą... Franca chwyta akordeon i gra Gigue and Rondeau... Wdzięczny kawałek na duet. Linia na gitarę nie jest trudna więc wchodzę... Troche gubię się w allegro ale Franca finiszuje. Zgiełk... Palce jakby podają... wieczór kończe kaprysem arabskim... nieporadnie ale w pełnej ciszy... |
Baśń czarna jak smoła...
Dzień dobry,
jeszcze tego wieczora Żak wyrywa mnie z letargu. Nie wiem, co się dzieje ale wszyscy mnie ponaglają. No to wstaję i lecę z nimi. W jakimś polu nadjeżdża pociąg... Spóźniony. Smoła z rodziną, Żak... Podekscytowani jak chuj... nic nie widać ale nagle coś trąbi i przelatuje. Pociąg wpada na "dworzec" ale nie zatrzymuje się - napierdala... Nie wiem ile ale po jakimś czasie, to wszystko zwalnia i staje... Jesteśmy na końcu składu. Ludzie pakują się do ostatniego wagonu tak całkiem po europejsku. Nawet jest jakis służbowy kolo w jasnym khaki, który to niby kontroluje. Ale my nie. Żak pakuje się do metalowej trumny i drze ryja: darek, darek! Da się wejść po skraju wagonu towarowego. Wdrapuję się za Żakiem... Smoła z rodziną ciesza się jak nawiedzeni... Krzyczą: darek, darek, darek... Echo się niesie jak na stadionie Legii... Ciągle przybywa 'kibiców". Wszyscy wymawiają tylko jedne słowo... darek, darek, darek... Chyba cala wiocha już drze się... Siadam, opieram się plecami o zimny blat... |
Baśń...
Dzień dobry,
pobudka przywraca równowagę. Świeci słońce, wieje wiatr od.. oceanu. Nie ma pociągu, nie ma wagonu towarowego... Jest Franca Żak z kawą i jeden ze smołowatych. Smołowaty uśmiecha sie i kiwa głową. Acha, czyli jeszcze nie jedziemy? Pierwszy raz od długiego czasu i ja się uśmiecham. Nie był to sen, który chciałbym, by trwał, chociaż...? Ten Smoła akurat mówi trochę po angielsku, tyle co ja. Train tuday, ok? Ok. Woda w oceanie też ok. Kilkanaście stopni - w sam raz dla mojej chorej tkanki. Pojawia się coś, na miarę szczątek entuzjazmu. Mam ochotę pozwiedzać. Widzę świat zbieżny z oczekiwanym. Życie toczy się rano i wieczorem. Smoliści łowią, załatwiają sprawy. Ich żony gotują, dzieci biegają. Z tym załatwianiem spraw, to się trochę wyrwałem. Nie chcę tu w każdym razie zostać ani dnia dłużej. Nie moje życie, nie moja sprawa. Raportuj zły post |
Baśniowo...
Dzień dobry,
z rajskiego ogrodu na stację kolejową jest dobrych kilka km. Wieter duje w pysk niemożliwie. Mrużę oczy, by sprawdzić, która godzina mimo okularów. W smolistej wiosce dokonalem korekty drugiego ruska, czyli mego zegarka. Jak masz czas, słońce i patyk, to jego korekta jest banalnie prosta - dokonasz jej w samo południe. Około kwadransa zajmie ci ustalenie skrajnego wychylenia. Tak i uczyniłem pod baczną uwagą kilkoro małych smolistych. Patrzysz na cyferblat i wyznaczasz swoje. Taka dokładność... Cóż w końcu znaczy kwadrans? Na cywilizacyjnej planecie, gdzie mierzy się wszystko - bardzo wiele. W ciągu kwadransa twoje życie może wywrócić się do góry kołami tylko dlatego, że narzucony ci/sobie pomiar czasu - wyznacza normy i granice. Tutaj kwadrans nie ma żadnego znaczenia. I tak już od wielu dni sterują mną rytmy dobowe. One narzucają mi naturalny stan aktywności, na koniec tylko zamykasz oczy... Tak sobie dywagując, stwierdzam że, jedyny porządny wynalazek cywilizacyjny, to chronometr. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy ile można zmierzyć, mając dostęp do pomiaru z dwóch zegarków... Zbliża się 15:00, zbliża się pociąg. Można by napisać - punktalny. F-cznie w pierona długi. Dlaczego wszyscy piszą o nim, że najdluższy na świecie a nic dworcu? Mnie fascynuje nie pociąg a dworzec. Żaka dokładnie odwrotnie. Jeździła kiedyś kowbojka z Czeremchy do Sokołowa Podlaskiego i stawała w polu. Tak ludzie wsiadali i wysiadali. Nie wiem na jakiej zasadzie... Miałem wtedy 8 lat i jechałem nią (kowbojką) pierwszy i ostatni raz w życiu. Małe deja vu. Przez chwilę wracam do beztroskiego okresu w życiu... Tylko przez chwilę. Rower zostawiłem w rajskiej wsi. Istotnie rajskiej w kontekście portowego otoczenia Nawazibu. Znaczy wrócę tu, w wagonie załadowanym rudą. Nawet się cieszę... Gdyby nie Żak, to w mojej przestrzeni pociąg by nie zaistniał... A teraz mam ochotę wywiedzieć się jakie są inne połączenia kolejowe Mauretanii i czy w ogóle są? Czy da się Afrykę pokonać koleją? Hm... |
W chacie 12,5 stopnia. O 6.15 włączam ogrzewanie. Nie śpię od 4.45.
O 7.18 już tylko z rzadka wstrząsa ciałem nagły skurcz międzyżebrowych i przepony. Niedziela Palmowa. Wielki Tydzień. Za dwie dekady taka konkluzja może mieć już inny ciężar... Czy ja dożyję? Czy będę miał normalny kontakt z wnukami, które dzisiaj mają wszystko...? |
Wracam na chwilę do Europy.
Moja Ukraina, to rocznik 1974. A tu epicki etap Giro z tego roku. Jeden z komentarzy: to byli ludzie twardsi niż gwoździe do trumny. Ładne porównanie. Jakie kadencję... Gwoździe i uda ze stali. Głowy bez kasków, na wielu etapach końcowe podjazdy bez asfaltu. A ja...? Leżę od 13-tej w łóżku i łykam mikstury. Tak się dzisiaj napracowałem. Ale zawsze. Na wsi cieplej niż w Gdańsku. Sodomia i Gomoria z tą pogodą |
Melon zaliczył Zejście smoka, to mu polski scenariusz podsyłam.
https://youtu.be/-lO_IZaOgeY?is=84i6DF-3KZA1tDFw Zawsze miałem pewien kłopot z symboliką Niedzieli Palmowej. W końcu to jedyny tydzień w roku, co ma 8 dni. Zaczyna się radośnie a potem lecą bomby jedna za drugą. Tak... Dożyć końca tego tygodnia z radosnym finałem. Wszystko za płotem, za drogą, za miedzą, z okna, z ławki... Wszystko widać jak na dłoni. Elegancko. Wzorowo. Cudownie. ...jak wiele trzeba zmienić, by nic się nie zmieniło... |
A może jednak powieść?
Dzień dobry,
jaki jest najlepszy kraj do umierania? ------------------------------------------- Errata Na onkologicznym oddziale jest już za późno. Moje wyniki nie pozostawiały wątpliwości. Dawno temu Strażnik Domowy "poprosił", bym jej samej nie zostawiał. Siedziała na kanapie, ja w swoim fotelu... - Chcę odejść pierwsza. |
Baśń...
Dzień dobry,
budzę się w Szum, w środku nocy... Gdzieś w połowie trasy kolei. Wysadzamy z Żakiem dwie Niemki, które wpakowały nam się do wagonu w Nawazibu. To znaczy pomogliśmy się im wpakować... Dwie grube, NRDowskie feministki, nie kryjące się ze swoim homoseksualizmem. Żak, jak przystało na wykształconego Francuza opanował biegle język francuski i na tym się jego językowa edukacja skończyła. Po chuj mu więcej było? Ano po chuj... skoro w całej północnej i równikowej Afryce do szczęścia komunikacji - więcej nie potrzeba? Było to dla mnie irytujące. Czepił się mnie jak rzep psiego ogona ale do sprawnej komunikacji międzyludzkiej wymagania są ciut większe... Nie byłem tkanką żywicielem. Potrafię być nieznośny, kiedy wiem, czego chcę. Możecie mnie wtedy wołami nawracać i nic to nie da. Sprzężenie zwrotne. Żak nawracał mnie jakby, swoją dobrocią bycia... Tylko do czego? Do łagodnej śmierci? Takiej wiesz, kozak... nagle przyjmuje wyrok na siebie z całą tą ewangelizacją... W porywie jeszcze kogoś i ty nawrócisz... W tym momencie trafiają ci się takie dwie cipy enerdowskie ze swoim światem liberte... Zasadniczo pogodzony z losem mogłem je olać... Wczytać się do zachodu słońca w Zielone piekło dla równowagi. Ale nie... Wdałem się z nimi w dyskusję i skończyła sie ona na tym, że nie jest specjalnym problemem dla desperaty o przeciwpołożnych poglądach (czytaj mnie) wyjebać - w takich oklicznościach przyrody, słabszą stronę w kosmos, celem prostej eliminacji. Rozlana świeżo droga mleczna na niebie, niczym astromiczny kleks wybrzmiała nagle, ku mnie sms-em. Włączyłem bowiem telefon. Z ich powodzi odebrałem jeden. Ten z domu... Pierwszy raz od tygodni nie był "cichym oskarżeniem". Pierwszy raz od wielu tygodni niósł nadzieję... Doznałem kolejnego deja vu... |
Cizia i Elwood
Dzień dobry,
szybciej diabła bym się spodziewał niźli Dzidki w Lublinie. Lublin na blachach Sanoka w Tiszit. Lublin w wersji autobus - żółty. Dzidkę spotkałem na rogatkach Nawakszut. W dniu jej urodzin. Wyprzedziła mnie, następnie w lusterku upewniła się, że kogoś takiego jeszcze nie widziala i zapragnęla poznać... Zatrzymaliśmy się w Tiszit. Tymczasem koronawirus szaleje w Europie - dowiaduję się. Nie wiem, co to znaczy szaleje ale zastanawiają mnie statystyki. Czytam sms od Fazika. berlin ma zapasy żarcia jeszcze tylko na dwa tygodnie... Co tam się kurwa dzieje...? Od Atar jestem już innym człowiekiem. W Nawazibu skończyła sie nasza wspólna podróż z Żakiem. Na pożeganie zagral mi marsyliankę. Powoli wracam z zaświatów, asymiluje ponownie do życia i... trafiam na Dzidkę, czystą radość z życia - nieskażoną dyplomacją. Jej Lublin w pełnym oryginale, zarejestrowany na 15 osób przypomina mojego przed rewitalizacją. Ogólnie prezentuje się lepiej, no i przede wszystkim ma sprawny system otwierania bocznych drzwi. Silnik, który napędza ustrojstwo, to silnik od wycieraczek. Mi go brakowało, teraz wiem - czego. Oryginalne kanapa i fotel kierowcy + 12 siedzeń plastikowych w kolorze blue. Pierwotnie miał iść do czarnych ludzi ale Dzidka się zafiksowała już półmilionowym nalotem i klimatem... Nie wiem, nie znam się. O sobie nic nie mówię. Coś mi się w dekiel stało i skneblowało język. Jednego dnia życie staje ci na głowie, drugiego wstajesz jak ten feniks tyle, że ze skneblowanym jęzorem. Słucham, co mówi Dzidka. Z mojej strony konwersację sprowadzam do zdawkowych pytań. 44 lata (skończone), spod Pieniężna, wychowana na kolonii wsi Radziejewo. Chłopka na hektarach, które porzuciła (zostawiła rodzeństwu), kupiła Lublina i pojechała w czarne pizdu... Skoro dojechała do Nawakszut, to znaczy, że sobie radzi... Blondyna, ponad 170cm bez obcasów (ale w kowbojkach). Nie wiem - czy brzydka czy ładna. Blondynka. Po prawniczych studiach i romansie z Warszawą. Lewicowo zryty beret. Wcześniej Franca teraz Dzidka. Nie wiem czemu ale... zabrałem się. Dlatego, że była sama. To spełniało moje zapotrzebowanie na jakość/ilość towarzyską, do tego mówiła/mówi po polsku. Zastępuje mi radio w podróży. Tu, w Tiszit już czuć wnętrze Sahary. Po te wnętrzności tu przyjechała a ja za nią. |
Cizia Zike
Dzień dobry,
Dzidka czułaby się pewniej, gdyby wiedziała o mnie wszystko, ja w relacji - przeciwpołożnie. Ostatnie o czym chciałbym wiedzieć, to po co się tu znalazła? - Pewnie jesteś ciekaw, co ja tutaj robię? Nie. Ma młodszego o cztery lata brata - hipochondryka. Dwie doby stykły, bym wiedział, co się dzieje w kraju i na świecie. To strasznie determinuje dzidkowe tu i teraz. - Jedziesz autobusem taki szmat drogi... po co? By codziennie wracać do cywilizacji łacińskiej czy odkrywać czarny ląd a przy okazji trochę siebie, tej nieznanej? To było pierwsze zadane jej przeze mnie pytanie, po pierwszej towarzyskiej rozkmince. Dokładnie tak. - To licz na siebie... tak, jakby mnie nie było. Patrzę na jej wysuszone dłonie, paznokcie z resztkami lakieru. Czuje mój wzrok i od razu je usprawiedliwia. Nie ważne. Tak przy okazji robię przegląd fantów. No nie jest źle jak na wycieczkę po cywilizowanym Maroko. Kompresor jest, dobry do gumek Tico. Pompki (dobrej nożnej) nie ma. Jest podnośnik oryginalny ale nie ma go czym podeprzeć od gruntu. Wycieraczka pod nogi jak chusteczki do nosa... Nic, co można by uznać za kawałek trapu. Koło zapasowe... Można zgubić w każdej chwili. Trzyma się w szkielecie rdzy - cud, że jeszcze... Wszystko ładnie od spodu zapaćkane barankiem. Z nagrzewnicy pod ostatnią ławką cieknie płyn, pedał hamulca wpada w podłogę... Drzwiami tylnymi bym tak nie trzaskał, bo sypią się jak choinka po sześciu królach a prawy tylny słupek ma tego wyraźnie dość. Silnik jak to Andoria. Wiele zniesie. Mauretania, to doskonałe miejsce do umierania. Nim taki Lublin zejdzie dostanie minimum dwa życia. Tymczasem trza poza uzupełnieniem fantów trochę przy Lublinie podłubać. Odpowietrzyć hamulec, być może wymienić klocki (pasują od Laguny) wstawić by pass w miejsce nagrzewnicy, koło zapasowe wrzucić do środka. Nie da się tego jednak zrobić uniwersalnym kluczem do roweru. Tym bardziej ściągnąć koła. |
Cizia Zike
Dzień dobry,
barak 3x4m z łóżkiem zamiast drzwi. Wokoło zamiecione do czysta, kilkanaście metrów dalej sterta śmieci. Powoli wracam w stare tryby. Dzidka do kuchni, wcześniej na bazar. Ja z "Alim" do roboty. On do przednich piast, ja na zadek. Zdejmuje obejmy, demontuję nagrzewnicę, wciskam kawałek rurki, skracam jeden przewód ciut, zakladam obejmy, skręcam. Ali podchodzi z klockami, których nie ma. Oglądam tarcze proforma. "Zlecam" czyszczenie "czego się da", bo inaczej tego nie wytlumaczysz ale Ali kuma. Wracam na zadek i ściągam zapas. Z nim cały szkielet jego ramy, ktory rozsypuje sie w piżdziec puchu marnego.. To ch...j. Zapas jest ale na 15-stce (z wersji 2,9t) i nie ten rozmiar gumy... Różnica na oko, ze 3cm w średnicy całego koła. Nasza to 225/75 zapas 195/70... Nie trzeba być Szerlokiem jadąc do Afryki, by wiedzieć, że opona tutaj, to podstawa a akacje wszyscy kojarzą z kolcami. Dzidka, to bardziej dr Watson. Akacja dla niej to piękny tupecik pustyni w czerwieni zachodzącego szybko słońca. Stan zapasu na warunki lokalne, to salonowy wyrób. "Tłumaczę" Alemu gustlikowe machniom. łapie proces w try miga. Zabiera koło i znika na dobrą godzinę. Wraca z felgą 16-stką i naszym rozmiarem opony. No coż... zamienił stryjek siekierkę na kijek więc wysyłam Alego jeszcze raz w miasto by zalatwił dwie opony na zapas ale z widoczna linią bieżnika a ten slick niech wiezie do wytwórni sandałów. Spojrzał na mnie jak Dzidka, która w lusterku zauważyła zmarszczki ale... polecenie wykonał. Wykonał przy tym gest, że to będzie kosztowało. No więc powiedziałem po polsku: - Ali, kurwa... z naszego zapasu wystrugałbym ci komplet opon do lublina! Przywież kurwa dwa zapasy, więcej niż takie od jako. Po polsku ale bez konialnego akcentu. Z butów, dopiero wyrywa Alego sałatka Dzidki. Części zapasowych nie ma, narzędzi ale worek przypraw, oliwek, czego tam jeszcze i ten dryg, by z krowiego łajna zrobić perukę dla królowej - to ma. Ten radosny blond uśmiech... nie dość, że Ali MA zjeść z nami, to jeszcze MUSI umyć dłonie. Jest Dzidka, jest miska, jest woda w dzbanku i biały ręcznik. Zaczynam tę babę lubić... Na deser odkręcam dwa pojedyńcze krzesełka z Lublina i proszę Alego by dospawał do stelarza w poziomie łącznie 8 prętów, po cztery na jeden fotelik. Wrzucam je luzem na pakę z informacją, że będą od teraz slużyły jako kamperowe krzesła na zewnątrz. Ali zalatwia mi jeszcze klucz do kół i z pewnego źródła możemy nabrać 50 litrów wody. Na finał przypominam sobie o filtrze powietrza! I bardzo dobrze, bo jego metalowy korpus jest przeżarty na wylot, dekiel zaś rozlatuje się przy demontażu. Sam filtr, to obraz nędzy i rozpaczy. Oczywista zapasowego nie mamy. Ja zajmuje się czyszczeniem rzeczonego a Ali w tym czasie ekspresowo na wzór, z dużej puszki po owocach, dorabia duplikat. Bardzo sympatyczny jegomość i kreatywny. Taka kompilacja Bikera z Fazikiem. Ona im z suszonych grzybów i maryśki torcik marcello zrobi, oni w rewanżu z zużytego filtra oleju lokownicę. I tak nam dzień zleciał. Całość kosztowała Dzidkę 50eu. W ramach tychże wymiana plynu hamulcowego z przesmarowaniem wszystkich kalamitek. Ali gdzieś zadzwonił i kazał nam czekać. Po kwadransie na rowerze przyjechał smolisty brzdąc i mieliśmy jechać za nim. Tak dojechaliśmy do chatki Alego, gdzie czekała juz na nas jego liczna rodzina. |
Anatomia obłędu
Dzień dobry,
anatomia obłędu. 26 lutego poszedłem do kościoła. Jak co roku, raz w roku. Tego wieczora kościelnego sypią ci twój glupi łeb popiołem. Dlaczego glupi? Bo nie jest mądry. Mądry, to jest Polak po szkodzie. Sypiesz na zaś, to do spowiedzi idziesz z tym co było, jak chcesz. Potem 40 dni postu. Każdy go potrzebuje. Każdy nosi "kilogramy", które potrzebuje zrzucić. W skrajnym przypadku izolacja. W czwartek rano odbieram wyniki badań. Nie o taki wynik mi chodziło... Nie pozostawia złudzeń... Nie ma już o czym dyskutować. Na plaży w Jelitkowie nie urosną pomidory... Startujemy 28 rano. Dosiadam się do Marka po prawej. Kierunek Hiszpania - Lloret de Mar. To stały kierunek kumpla bodaj od 8 lat? Jestem tam kilka torów motocrossowych, w tym jeden cudownie położony w okolicznych górach. Apartament za grosze, zresztą kasa nie gra tu roli. Jedziemy w dwie pary. -Stary niech se jeździ. My Kasiulek w tym czasie zwiedzimy Hiszpanię. O nic się nie martw! Sama bym nie pojechała. Rumuna wysadzimy w Algeciras i tydzień dla nas. Namawiali nas od Sylwestra, jak co roku zresztą. Byliśmy tam z Rumunami te 8 lat temu, kiedy Mistrzu przeniósł obozy zimowe z Włoch do Hiszpanii. Jakimś cudem nas namówili. Mnie wiele nie trza było ale Strażnika Domowego przekonaliśmy z trudem. No, bo to nie wypada... Bo my nie mamy pieniędzy. Nie można tak na cudzym garnku... - Słuchaj Aśka... Pogadaj ze Strażnikiem, ja jestem chętny. Znasz mnie... korzystanie z uroków waszej kasy, to jeden z moich celów w życiu. Będzie mnóstwo wina, wycieczki, szopingi. Kurwa... Będzie pięknie! Ja stawiam jeden warunek. Weźmiecie mi rower! Było, jak miało być - ferie zimowe naprawdę super. Barcelona, muzem morskie, Columb, stare mapy... Wieczorami wino do oporu w sombrerze za kitajskie 2eu na czajniku. I śmiech... Wszechobecny śmiech. Pod koniec dwutygodniowego, darmowego praktycznie urlopu przysiedliśmy na kawę przy promenadzie. W słońcu może jakie 16st. Nie wiesz, jak się ubrać, idealne pole dla grypy. Wtedy zobaczyłem ją... Dopływała do brzegu. Wyszła z wody w piance przyciągając wzrok wszystkich dookoła. Większość opatulona, z szalami... A tu baba z wody... - Widzisz Rumunie! A ty co?! Kwadrans później z wody wylazł otyły jegomość. Przykuł oczy wszystkich bez wyjątku. Ociekając słoną wodą z nagiego torsu, podszedł do stolika, gdzie siedziały dwie niewiasty cudnej urody. Po drodze rzucił do kelnera: - Lornetę z meduzą bitte! ?? - Cwaj sznaps und draj sznaps - sofort! Tak zacząłem się morsować Jedna noc zmieniła wszystko. - Czołem Rumun. Jedziemy ale stawiam jeden warunek. Zabieram rower. |
Anatomia obłędu
Dzień dobry,
kiedy myślisz, że jest tylko źle, to wiedz, że może być tylko gorzej. W takim stanie ducha zostawiłem za plecami Europę, zostawiłem wszystkich i wszystko... Zawsze byłem uparty... W sensie potrafiłem. Potrafiłem bronić redut nie do obrony. W sensie, to nie ma sensu a tylko ty widzisz w tym sens... Cytat:
|
Anatomia obłędu
Dzień dobry,
czym jest fart? Pomiarem stanu. - Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?! Czekałem na to pytanie. Wiedziałem, że w końcu padnie, nie wiedziałem tylko kiedy. Spisała sobie moje dane w Nawaszkut. W końcu to ona płaciła za malijskie wizy. W sumie za wszystko płaciła. Potem się zbyt dużo działo. W końcu Mopti... Ponoć przypadkowo mnie wygóglała. Obiecałem sobie, że jak to pytanie padnie, to nasze drogi się rozejdą. W Europie dzieją się równolegle rzeczy, których nie pojmuję. Wzbudzają mój niepokój. Dzidka jest na bieżąco, gdy tylko ma internet w zasięgu. Musi mieć łączność ze "stadem". To jej toaleta. Nie może siedzieć w łazience, to siedzi w internecie, z którego leje się "cała prawda". - Ty jesteś Elwood?! Jestem wyschnięty na wiór. Za sobą pustynia, jaką chcialem zobaczyć. Kiedy Dzidka kładła się spać stawiałem krzesło w piachu i patrzałem w gwiazdy. Ich liczba w obserwowanym Wszechświecie jest równa liczbie wszystkich ziaren piasku na planecie. Jednym słowem tryliard... W sumie dwa. Liczby, to twór stricte abstrakcyjny. Nabywają znaczenia, mając rzeczywisty punkt odniesienia. Ziarna piasku na lini horyzontu lączą się ze sobą spinając w kosmiczną sumę. Lubie bawić się liczbami. Na szczęście zbyt mało inteligentny jestem, by doprowadziły mnie do obłędu. Wiedza potrafi zabić. Nośnikiem śmierci jest strach. O Mali wiedziałem bardzo mało. Na tyle mało, że nie bałem się tam wjechać. Mauretańczycy sa jacy są. Ci na granicach są nieznośni ale takich już dawno wypraktykowałem. Bardzo pomagała nieznajomość francuskiego. Co prawda uczyłem się tego języka przez rok ale nie wiele mi to dało. W sensie tyle, co mojej żonie nieznajomość czeskiego. Kiedy pierwszy raz wsiadałem do jej Lublina, pojawiło się morze pytań. Miałem na nie jedną odpowiedź.: - Zabiłem człowieka. Ale... jak...?? - Chcesz wiedzieć jak to zrobiłem? Czy dlaczego? ...?? Zadawał mnóstwo pytań... Po przeglądzie Lublina i magicznej nocy, wróciliśmy się do Nawaszkut. Kosztowałem Dizidkę 50eu, - skoro chciała za mna jechać do Mali. W Mauretanii handel niewolnikami nadal kwitnie. W drodze do Tiszit spłaciłem dług. W Tiszit ustaliłem, że każdy kolejny dzień podróży ze mną będzie ją kosztował 50eu. Dzidka nie byla mi potrzebna. Potrzebne mi były jej pieniądze. To pozwoliło na zbudowanie między nami odpowiednich relacji. Do kupienia był również seks. Z otwartymi oczami 500, z zamkniętymi 700. W euro oczywista. W Mopti upomniałem się o kasę. 8x50, 1x700, 3x500. |
Trzy ostatnie linie - gdybym miał monitor to bym go opluł :) doceniam.
|
Anatomia obłędu
Dzień dobry,
nasz mózg jest tak zaprojektowany, że nie toleruje sprzeczności. Albo jesteś dobry albo jesteś zły. Stan najprostszy. Sytuacja sie komplikuje, kiedy stany występują równolegle w jednym ale nie potrafisz ich oznaczyć. Kiedy mierzysz, to trafiasz raz na złego, raz na dobrego... Zaczyna ci się lasować mózg. Ogólna Teoria Względności, zasada nieoznaczoności. Do Tiszit jazda była męką. Nie dla mnie, dla niej. Natura dała jej piękną lekcję pokory. Zakopani po osie wieczorem jeszcze widzieliśmy coś na kształt drogi. Rankiem jej nie było... Ani przed nami, ani za nami. Zero jakichkolwiek śladów. Tych po oponach w ogóle... Miałem już taką sytuację. W nocy w Bieszczadach, kiedy zakopałem się Elwoodem w glinie i straciłem zasięg w telefonie. Z Muchą to było. Nie mieliśmy czołówki, żadnego źródła światła. W lesie, przy zachmurzonym niebie, kiedy nie wyznaczysz bez kompasu kierunku. Kazałem Musze siedzieć na dupie i się nie ruszać. Żeby mi się biedak nie zgubił jak Grażyna z Bukowca. Wlazłem na drzewo przy aucie i złapałem zasięg. Godzinę później po naszych śladach dojechały dwie terenówki. Elwooda nie byliśmy wstanie wyciągnąć. Przesiedliśmy się do Mario i zjechaliśmy do wsi. Teraz byliśmy dokładnie w takiej samej sytuacji. Tyle, że za dnia, nie byliśmy wstanie do nikogo zadzwonić i zero śladów. W sumie to był mój błąd, bo poprzedniego wieczora pozwoliłem Dzidce jechać po zachodzie słońca. Do celu około 30km. Dzidka dostaje spazmów. Takich typowo babskich. Z tupaniem nogami i szukaniu winnych. Przyglądam się jej z rozbawieniem. To ją nakręca na maksa. Dostaje histerii. Czekam. - Zrób coś! Wziąłem krzesło, postawiłem i czekam. Po kwadransie: - Dzień zaczynam od kawy. Pijesz, czy chcesz se jeszcze trochę polatać/pokrzyczeć - kolejność dowolna? Ale... - Kawy? No i bek... W sensie morze płaczu. Jak to ładnie i rzewnie się prezentowało... odpaliłem butlę z pytaniem: - Powinni chyba w Tiszit mieć ten 'mobilny" propan, bo się nam kończy? Ale, ale... ale jak my się tam dostaniemy? Chlipała Dzidka. - Normalnie. Jak biali ludzie... Lublinem. Ale bez kawy się nie ruszam. Widzę kolumnę aut. Nic Dzidce nie mówię, poza krótkim - pilnuj wody i ruszam przez małą wydmę. Kolumna zatrzymuje się, na całkiem dobrej drodze... Trzy godziny później, po obiedzie z komendantem Tiszit składam Dzidce rzeczoną propozycję. W obecności komendanta. Kumpla ze studiów. Poznaliśmy się w Techno Serwisie, studenckiej spółdzielni pracy za komuny. Był pierwszym murzynem jakiego poznałem i ostatnim. Skierowany przez rząd Senegalu na studia w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. Świat jest kurwa bardzo mały. Abdoulaye się śmieje. 190cm wzrostu tylko w pasie już nie ten. Nie poznałem go ale pytanie po polsku: - Co tu robisz? wyrwało mnie lekko z butów. Nie wiele trzeba było, by ustalić proste fakty z przeszłości. Jaki to cud, że nigdy nie byłem rasistą? Gry plan był dalej prosty. Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w eskorcie wojskowego konwoju do Walata. Długie odcinki szutrowo-piaszczystej drogi. W sumie solo dla nas nie do przejechania. Powietrze w kołach spuszczone do granicy zdjęcia opony z felgi. Do Walate wjeżdżamy w nocy, kilkanaście razy ciągani na holu. Pierwszy raz prowadziłem ja. Dzidka milczała... Już wtedy miłla na ustach pytanie: kim ty jesteś? - Słuchaj... Nic nie mów i o nic nie pytaj proszę... |
Anatomia obłędu
Dzień dobry,
w Afryce łatwiej chyba wyjechać z danego kraju niż wjechać ale to nieważne. Im dalej na wschód, tym bardziej gorąco i sucho. W ciągu dwóch dni, temperatura podniosła się o 20st a wilgotność powietrza spadła do granic percepcji nabłonka a ów jak ważny jest, dowiadują się ofiary wirusa. Wieść niesie w sieci 3G czy może 4... Nie wiem, bo mam zjebaną ładowarkę, która działa chimerycznie. Mam standardowo wyłączony telefon, który służy raz na dwa dni do wysłania smsa. Jest ta chwila przy włączeniu, kiedy bramka w markecie się otwiera i klienci wpadają między półki. Czasami przemknie znajomy numer.... Dzisiaj wiem, że chcę wrócić, tylko nie wiem do czego wrócę. Do kogo - mam i tego się trzymam. Jeszcze dwa tygodnie temu nie miałem. Kumpel - trol norweski, spędził dwa m-ce na pulmonologii. Diagnoza - rak płuc. Diagnoza okazała się błędna. Dwa m-ce wycięte z kalendarza. Plus? Odwyk. Zmiana w życiu o 180st. - przejście na buddyzm. Miał mi skurczybyk robić mi łazienkę. Miast tego zadzwonił i poprosił o wsparcie. Zadzwoni do mnie pani i poprosi o opinię, no że niby Rutek pracował u mnie ostatnie kilka lat... Pani zadzwoni zw imieniu norweskiej firmy ale: - Nie martw się El, ona mówi po polsku! Takie kafle kurwa w łazience... Pani zadzwoniła następnego dnia. Tydzień później Rutek przysłał zdjęcie z jakiegoś szlaku trola i tej skały, co jest wizytówką norweskiego krajobrazu. Takie kurwa kafle w łazience... Po mojej "rekomendacji" dostał... podwyżkę. Kiedy wyszło, że jest źle, opowiedział mi swoją historię. Wzruszające ale co to cie w tym momencie obchodzi? Tym masz już wklepaną do mózgu swoją koncepcję na skończenie z życiem. Wypierasz, co masz wyprzeć i działaś w swoim ślepym kierunku. Nie widzisz studzienki na końcu ślepej uliczki (Żądło z Retfordem i Niumanem)... Granica malijska. Nie wymówię francuskiej nazwy. Jesteśmy bardziej egzotyczni niźli odbiór tego postu we współczesnej eksplorerce. Zdążyła to sprawdzić Dzidka. - Darek... Dojechałaś tutaj? - No tak, ale... Zmarszczki. - Co, zmarszczki?! Przypudruj. |
Napisałeś jakieś książki? Chętnie przeczytam :) A jak nie, to powinieneś. Dla wnuków, choćby...
|
Anatomia obłędu
Dzień dobry,
procedury trwają, bo muszą ale nie są żadnym problemem. Dzidka płaci dwa razy po 5000CFA, coś tam jeszcze, dostaje jakiś papier na Lublina i wjeżdżamy w inny świat. Wszystko jakby zostało za nami. Jakbyś wjechał w alpejski tunel w burzy śnieżnej, wyjechał w czyste, słoneczne niebo bez chmurki (co mi się już zdarzyło). To samo uczucie masz, kiedy gondolą (albo z buta) wyniesiesz się poza granicę chmur. Na tej granicy masz właśnie takie uczucie. Mówię to Dzidce ale ona widzi tylko zło. Przecież na granicy mówili... Ona nie rozumie, że pies, czy inna żyrafa z kulawą szyją, się nami nie zainteresuje... Ja to wiem ale za mną stoi doświadczenie. Czułem się trochę jak Dzidka, w 2008-ym. Nie miałem wtedy nikogo przy sobie, kiedy wjeżdżałem do Afganistanu. Były lufy karabinów i różne takie... i co...? Nic się nie dzieje, poza faktem, że droga chujowa na maksa, gorąco jak pierun. W tym kontekście wjeżdżamy do piekła i na tym się porównanie kończy. Dzidka siedzi jak skamieniała. Prowadzę i śpiewam: gdzie ta keja... |
Anatomia obłędu
Cytat:
w nocy wstałem i poszedłem się wysikać. Otworzyłem nie te drzwi, pośliznąłem się na stopniu i po schodach, jak po rynnie zjechałem do... kostnicy. Dramat zaczął się później. Drzwi miały klamkę ale tylko z zewnątrz. Pewnie nigdy bym się już z niej nie wydostał, gdyby nie Dzidka. Obudziła mnie pytaniem: - No i jak się czujesz? Byłem w kostnicy. - Co?!! Podobno straciłem przytomność. Jeżeli tak się umiera z powodu upływu krwi, to polecam. Ale ja chyba byłem niewyspany... raczej na pewno. Opowiem o tym później, bo... Mogłem sprzedać... Dzidkę. Zdzisławę W. Takie zapewne ogłoszenie ukazało by się w pitavalu sądu/posterunku malijskiego/policji w Timbuktu. Do celu... Przez kilka dób czas miałem wypełniony jak obecny minister zdrowia na planecie PL. Teraz jestem wyspany i zdolny do rzeczy wielkich. - Masz tego wirusa... głos Dzidki załamał się. Dostałeś surowicę, krew i zrobili ci test... A gdzie kwarantanna? - Nie wiedzą, co zrobić. Przywieźli cie Niemcy. Małżeństwo. To cud, że żyjesz... Czemu Niemcy? - Stanęliśmy z braku paliwa... Znaczy ja. Nie wiedziałam, co się dzieje. Lublin nie chciał odpalić a mi nie przyszło do głowy, że to paliwo... Możesz z nimi porozmawiać, znasz niemiecki. Są tutaj. Gdyby nie oni... Gówno prawda... Chciałaś się mnie pozbyć, bo wisisz mi w chuj kasy. - Co ty mówisz?! Darek! Masz gorączkę?! A nie chciałaś...? - Jak mogłeś tak pomyśleć?! Eee... zwykły melodramat. Powiedz mi teraz, że mnie kochasz a mi się łezka zakręci. Odpowiem: ja ciebie też ale nie mogę, bo... kurwa, jak mi się chce siku!! |
Cizia Zike
Cytat:
Cytat:
Cytat:
I komu to przeszkadzało...? |
W życiu nie porwał bym się na taką Afrykę.
Do Maroko "jechałem" dwa razy. Dwa razy mnie coś zatrzymało. Czarny Ląd nie dla mnie. Choć miałem jeszcze jedno, trzecie rowerowe podejście (wcześniej Elwoodem), tym razem szukałem transportu linią Euro Afryka, bo tam były jakieś dojścia. Skoro tak "nie lubię" Afryki, to pasowała mi taka wyimaginowana podróż. Jako znój do podszewki w bardzo ciężkim okresie dla mnie. Pozwolić się przeciorać na papierze. Lubiłem za to wkręcać kolegów ale nie solo. Trzy lata temu na przełomie stycznia/lutego byłem zdecydowany ruszyć rowerowo na Bliski Wschód i do Azji Mniejszej. To była dobrze zaplanowana impreza. Z lotem LOTem do Tbilisi, dalej nocnym pociągiem do Baku. Kilka tematów w Azerbejdżanie, dalej Iran. Z Iranu przez cieśninę Chormus na Półwysep Arabski. Tu celem Arabia Saudyjska. Z KSA do Jordanii, potem Irak. Powrót przez Turcję. Plan jak to u mnie, był na tyle szczegółowy, że mógłby robić za scenariusz każdemu. Rower i lokalne środki transportu. Najmniej uwago poświęciłem Iranowi ponieważ ten kraj dobrze znam i tanie podróżowanie po Iranie jest banalne. Zresztą to kraj, którego ludziom warto zostawić pole do zagospodarowania ciebie. Zaskoczyła mnie Arabia Saudyjska pozytywnie. Ichniejsze ministerstwo turystyki organizuje darmowe wycieczki, w tym np. zwiedzanie Rijadu. To wszystko było ogarnięte. No i to wszystko za śmieszne pieniądze. Naprawdę śmieszne. Wielokrotnie o tym pisałem, że najlepszą formą nie wydawania pieniędzy jest ich brak. gwarantuję, że poziom wydatków spadnie do niezbędnego minimum. Ale były by emocje, gdyby szeryf django nagle się dowiedział, że podróżuję palcem po mapie! Po jego stronie na pewno. Nie rozumiem takich ludzi i nie chcę już rozumieć. Na pewno nie jest tak, że "zmyślam" w rzeczywistych wyprawach. Mam taką przypadłość, że przygoda, czepia się mnie jak rzep i pisze niebanalne scenariusze. Na wyrypach staram się unikać lokalnego towarzystwa. Jeżdżąc sam lubię być wyłączony. Zamykam się w swojej bańce,"mojej" przygody i prowadzę z nią nieustający dialog. Moja Arabia się nie udała. Intensywnie planowana trzy m-ce przed wyjazdem. Wcześniej tylko ogólne założenia, bo życie ma swoją dynamikę. Jakiż to ma dzisiaj realny wymiar... Spokojnie mógłbym teraz siąść do klawiatury i rozpocząć podróż w Tbilisi. Cytat:
|
1 Załącznik(ów)
Wróciłem od... lekarza płci żeńskiej.
Jestem chory. Motto na dziś: |
Uff.. Dobrze żeś EL przytoczył swe alter Ego- zbanowanego EL Komendante
Dziwne uczucie miałem że opowieść z Dzidką skądś znam.. Chomiku gdyby choć 80% tego co jest w wątkach ELa (Czariusza i Komendante) wydrukować to by się ładna książka zebrała. fanem jestem choć nie wszystko dociera do mnie/nie pojmuję - staram się :) I jak kuż kiedyś pisałem, te historie są jak anagram jednej z partii politycznych- nie zawsze "wchodzą dobrze" niektórzy mają bad tripy ;) |
Leżę i cierpię jak prawdziwy facet w każdym skoku temperatury.
Cierpienie łagodzą miłe słowa. Nie pamiętam jak było z El Komendante. Te konto dla jaj założył Fazik na potrzeby Komendantury Posterunku Granicznego w Rybnem. Kiedy znawcami już mnie do poziomu cebulek włosów, by żaden nie odrósł, skorzystałem z niego jako pomocniczego. W nazwie myli przedrostek "El". Chodziło po prostu o komendanta/przywódcę zbiegowiska podróżników i ludzi dziwnych. Nie ma pomyłki, to było fajne zbiegowisko te Biesowisko. Dzisiaj korzystam z odwilży ale sukcesywnie ograniczam aktywność do własnego podwórka. |
"znawcami już mnie" - winni być "zbanowano już mnie".
Cynamon cejloński już w skrytce ale ja grzecznie w pidżamie leżę po antybiotyku. Nie jestem sobie wstanie przypomnieć kiedy ostatni raz jakikolwiek brałem... W każdym razie - pech. Za to będę mógł się zająć "struganiem" stodoły! Jak samopoczucie wróci, może jakieś "opowiadanie" do kawy wrzucę z serii: wojsko jego mać. |
Nie lubię fantazy, bo przez całe moje życie, zarzucano mi jej nadmiar.
Ale ta recenzja mnie zachęciła. Problem polega na tym, że w kolejce czeka morze lektur z podobnego (podróżniczego) podwórka. Ale... miałem opowiedzieć historię. 1 kwietnia to dzień wzorowy na opowiadanie każdej. Przedwczoraj wieczorem z wieczora, kiedy to temperatura skoczyła mi pod 39 kresek poprosiłem Strażnika Domowego, by dała mamie zlecenie na zapisanie mnie do lekarza. Zatem Strażnik Domowy dzwoni: - Mamo, mam prośbę, zapisz Darka jutro rano do lekarza. On tam nie wie, jak to się robi a poza tym szybciej zapomni. Dobrze, nie ma sprawy, a jak się czuje? - Nie najlepiej. Teraz mierzył temp. i ma 38,5. O jej... W jego przypadku, to już wrzątek. - Aaaa... nic nie mów... Jeszcze chwilę przed miał... 35st. przecież to stan agonalny mówię. Jak to...?! - Nie uwierzysz... On sobie ten termometr włożył pod pachę odwrotnie... No i panie się ze mnie śmieją a ja umieram przecież! O jejku kontastuje ze śmiechem babcia. On musi być naprawdę chory:) Ubieram się i idę po ten cynamon cejloński. Jak się wczoraj Strażnik Domowy dowiedziała, że kupiłem tych lasek kilogram... Idę. |
A teraz rewelacja.
Zarejestrowałem się na forum 18.04.2025. Nie zamierzałem tyle tu siedzieć i szczerze pisząc - nie zamierzam tego przedłużać. Nie jestem motocyklistą (chociaż byłem koszowym( i raczej już nie będę. Piszę "raczej", bo np. muszę odebrać moje simsony od Szparaga. Szkoda roboty Pastora, który ramę opędzlował lepiej niż fabryka z Suhl by to zrobiła w swoim złotym okresie. To MUSZĘ załatwić jeszcze tej wiosny. No... ale wtedy zostanę co najwyżej komarzystą. Komarzystą byłem i do niedawna miałem nawet dobrze zachowanego komara ale sprezentowałem go koledze, który mi dużo majstrował przy Lublinie a ja mu się inaczej nie potrafiłem odwdzięczyć. Szybciej jednak mogę zostać kierownikiem ciągnika. Tymczasem w związku ze związkiem zamknięcia pewnego chujowego etapu w moim życiu postanowiłem rozpocząć nowy. Nie w sensie dosłownym, zresztą trudno było by mi teraz powtórzyć taki numer, jaki sobie sam wycinałem przez kilka ładnych lat, by ten numer nazwać chujowym. Ten, w sensie tamten. Nowy numer to ten, którego większość z czytelników się domyśla. Rok, to taki ładny okres do podsumowania, zwłaszcza już 1 kwietnia. Cokolwiek napiszę dzisiaj, zawsze będzie to miało przynajmniej dwa znaczenia. Nim ten rok upłynie, się rozstaniemy. Nie ma w tym żadnej egzaltacji. Wiem, wiem... Sprawa jest prozaiczna. Szkoda czasu na karmienie kilku srok, skoro te świetnie wyżywią się same. Zanim się jednak rozstaniemy wykorzystam konto El Czariusza do zgromadzenia potrzebnych mi danych, które wygodnie mi będzie w tym wątku uzupełniać/gromadzić. To będą dane wiejskie. Może i ktoś z was z nich skorzysta, może zupełnie nieświadomie dane te zmusza do refleksji nad światem, który przemija... Pierwszy etap, to budowa modelu stodoły w oparciu o rzeczywiste i zweryfikowane przeze mnie dane. Niektóre obciążenia trzeba będzie finalnie przeliczyć, co może mieć wpływ na pewne, dopuszczalne modyfikacje. Ostatecznie historia ciesiołki to przykład rozwoju rzemiosła w oparciu o rosnące doświadczenie. No i ja mam fajny wentyl. Ci, którzy mi zarzucają, że ściemniam mogą być usatysfakcjonowani:D |
https://i.ibb.co/LdTW8Fr3/IMG-20260401-124342.jpg
Zalety cynamonu były mi znane ale cejlońskiego w proszku chyba w żadnej sieci nie kupisz. Zapas chińskiego zużyty został na obsyp ziemi w moich "sadzonkach". Przypomniała mi się edukacyjna rozmowa z wnuczką. - Marysiu... skoro w takim lidlu istnieje stoisko ze zdrową żywnością, to jaką żywność w tym sklepie kupujemy na pozostałych stoiskach? Na blacie zauważymy litrowy słoik drylowanymi oliwkami. Kosztuje on 10zł w Dino. Masa oliwek 470 gr. Ten owoc składa się praktycznie ze 100% tłuszczu i zerze czystych węglowodanów (pozostaje błonnik). Mamy zatem dostęp do "najlepszej" oliwy z możliwych. 100 gr dziennie takiej przekąski będzie już miało zauważalny wpływ na stany zapalne. Jest słoik miodu spadziowego. No niestety, to czysty cukier prosty ale... jeżeli już ktoś musi słodzić herbatę albo użyć jako konserwant... To łyżeczka dziennie nas nie zabije. Ważne... Starać się nie łączyć węglowodanów (skoro bez nich nie możecie żyć) z tłuszczami, co ma miejsce np. w wyrobach czekoladowych. A już największą zbrodnią w naszej diecie, to taka słodka przekąska kilka razy w ciągu dnia. Wasze dzieci wam "podziękują" za taką dietę. |
Wczoraj były dwa międzynarodowe wydarzenia, z których jedno powinno mieć miejsce dzisiaj.
Które? Mecz Szwecja - Polska Międzynarodowy Dzień Widoczności Osób Transpłciowych. |
Jakie ja miałem szczęście, że mnie to ominęło. Ja po prostu jeździłem kompletnie nieprzygotowany. Kompletnie bez kompletnie.
U mnie to wszystko nazywało się kapuśniak na świńskim ryju. Z FB profil: góro wskaz. Lista sprzętu na wyprawy rowerowe.× Wątek sprzętowy często pojawia się w zapytaniach u innych zaczynających swoją przygodę z sakwiarstwem więc przy okazji postanowiłem zaprezentować co ja zabieram ze sobą w okresie od maja do września w Polsce , może komuś się przyda 😉 Dodam tylko że dwukrotnie na początku czerwca miałem temperatury + 3 stopnie więc niech nikogo nie zmyli skrót myślowy że to lato . Oczywiście jest to moja autorska lista i nie znaczy że mam jedyną słuszną rację. Cały ekwipunek mam spakowany do sakw Crosso 2 x 30 litrów oraz worka transportowego Crosso 30 litrów. Jedni powiedzą że to strasznie dużo, że zbieram pół chałupy, inni że czemu tak mało. Mój ekwipunek jest sumą doświadczenia z pieszych wędrówek oraz kilku dłuższych wypraw rowerem. Za pierwszym razem miałem również 2 sakwy z przodu, zabrałem więcej sprzętu żeby go przetestować, zobaczyć na własnych błędach co jest niepotrzebne. Teraz już wiem czego potrzebuje i gdzie przebiega granica mojego komfortu, poniżej niej nie chcę już zwyczajnie schodzić.....mogę ale nie chcę ! Zdjęcia ekwipunku są sprzed 3 lat i niektóre drobne rzeczy uległy zmianie jak rezygnacja z panelu słonecznego czy wymiana ekspanderów na troki, nowy materac i poduszka. Nie korzystam już z przednich sakw i nie odczuwam żeby cały ciężar z tyłu gorzej wpływał na wygodę jazdy , rzekłbym że nawet łatwiej mi się manewruje po wąskich ścieżkach, lasach. Nabijanie kilometrów nigdy nie ma znaczenia na moich wyjazdach, bikepaking również mnie nie interesuje. Mam 16 letni rower fitness do którego wsadziłem max szerokie opony jakie tam weszły 35 mm, więc jeżdżę zwyczajnie tym co mam 😄 Co do jedzenia to na śniadanie i kolacje kupuję to co jest w sklepach i tylko gotuje wrzątek a w ciągu dnia jem jeden ciepły posiłek w knajpach 🤤 Waga sakw + worka z zawartością bez jedzenia wynosi 14 kg (10 kg sakwy + 4 kg worek) Jeśli ktoś uważa że powinienem zmniejszyć wagę ekwipunku to myślę że warto spojrzeć tak na wszystko bardziej całościowo ponieważ użytkownik też wlicza się do końcowego wyniku. Warto zacząć od zrzucenia swojej własnej wagi osobniczej 😏 nie ma potrzeby wydawać kilka tysięcy zł na super lekki namiot, śpiwór itp żeby zjechać potem kilka kg. W końcowym rozrachunku wyjdzie znacznie lżej jeśli obetniemy parę kg u siebie, lepiej na zdrowie oraz nie wydrenuje to tak budżetu. Uważam że lepiej jechać z tym co się już ma nawet jeśli będzie to cięższe, gorszej jakości, niż siedzieć w domu i wydać całą kasę na super ekwipunek. Wtedy może okazać sie, że nie będziemy mieć już pieniądzy na wyjazd albo czasu. Rower Centurion Cross Speed 800 16 letni rower typu fitness czyli sztywniak bez amortyzatorów. Sakwy Crosso Dry – 2 x 30 litrów Worek transportowy Crosso - 30 litrów Torba na ramę Rockbros – 2 litry Torba na kierownicę - Aliexpress Namiot Naturehike Star River 2 – waga 2100 gram Śpiwór puchowy Aura Tuba – komfort +7 stopni (już nie produkowany) Materac dmuchany + worek do dmuchania - Widesea (Aliexpress ) Karimata składana – Widesea (Ali) Poduszka dmuchana - Widesea (Ali) Zapewne ktoś się zastanawia czemu wożę materac i karimatę ? Sam materac jest za cienki i zbyt zimny na temp poniżej 10 stopni. Jest to tani materac a nie zamierzam kupować Thermaresta za 800 zł, z kolei sama karimata jest dla mnie zbyt niewygodna. Osobno mają wady, razem tworzą tani ideał. Karimata odpowiada za izolację a materac za wygodę. Dodatkowo jeśli materac pęknie karimata pozwoli normalnie spać i wyjazd będzie uratowany. Karimatę polecam składaną w harmonijkę wtedy można też wygodnie usiąść. Cena mojego zestawu ok 130 zł. Śpiwór wrzucam na dno sakwy bez żadnego dodatkowego worka, wtedy idealnie wypełnia mi przestrzeń na spodzie sakwy. W worku transportowym przewożę: namiot, karimatę, materac dmuchany, ,rękawice robocze. Ubrania w tym te które mam na sobie : Kurtka wodoodporna - Rockrider Poncho - Ali Sweterek (kurtka) puchowy - Ali Wiatrówka - Kwark Bluza - Odlo Koszulka z długim rękawem – Brubeck Active Wool (merino/syntetyk) Koszulka z krótkim rękawem - Decathlon (syntetyk) Spodnie Milo Brenta ( biwak + jazda w zimniejsze dni) Spodenki biegowe – Decathlon Bokserki biegowe 2 szt. – Decathlon Skarpety 2 szt. Chusta wielofunkcyjna (tzw. buff) 2 szt. Rękawiczki do jazdy w zimnie – Ali Czapka z daszkiem – Decathlon Buty z siateczką Crivit - Lidl Bielizna do spania : Koszulka z długim rękawem – Brubeck Active Wool (merino/syntetyk) Leginsy termiczne Crivit - Lidl Bokserki - Brubeck Active Wool (merino/syntetyk) Skarpety merino - Smartwool Czapka merino - Icebreaker Buff na szyję lub zamiast czapki Jeśli jest mi zimno to zakładam dodatkowo bluzę lub sweterek puchowy i daję radę do 0 stopni. Część ubrań jest spakowana do worka z siatki żeby było trochę porządku i można było szybciej dostać się do pozostałego sprzętu wyciągając tylko ten worek z ciuchami. Kosmetyczka z cienkiego woreczka : Pasta Ajona koncentrat – 25 ml (bardzo wydajna pasta) Szczoteczka składana – Rossman Antyperspirat w sztyfcie Pomadka ochronna do ust Obcinaczka do paznokci Ręczniczek szybkoschnący – malutki Papier toaletowy Miniłopatka do zakopywania kupki – zostawiam porządek po swoim biwaku, poza tym wszechobecne walające się papierzaki wyglądają tragicznie i robią złą opinie osobom biwakującym na dziko więc warto dbać o ten aspekt. Kilka słów o higienie. Podczas wyjazdów staram się myć o ile to możliwe w rzekach, jeziorach korzystając z samej wody bez żadnych detergentów. Nie wierzę w żadne biodegradowalne kosmetyki które są neutralne dla środowiska. Mi wystarcza sama woda, oczywiście nie jest to samo co prysznic ale mi w zupełności wystarcza. Dodam tylko że nie korzystam z żadnych kremów do opalania których samą wodą raczej bym nie zmył. Dlatego używam koszulki z długim rękawem i czapki z daszkiem co znacząco chroni mnie przed słońcem. Poza tym od jednej nocy bez mycia można spokojne przeżyć 😏 Kuchnia : Butelka 1 litr - Ali Butelka pet 1 litr Polaris Kuchenka Fire Maple FMS – 117 T Kubek 800 ml – Widesea ( Ali) Kartusz Meva 240 gr Adapter do napełniania kartuszy Nie kupuję oryginalnych kartuszy gazowych tylko korzystając z adaptera (wielkości paznokcia) samemu napełniam posiadany już kartusz korzystając z tanich kartuszy tzw. sprejowych które są najłatwiej dostępne w sklepach budowlanych i kosztują max 10 zł a oryginalny ok 30 zł i jest trudniejszy do zdobycia. Kawałek szmatki do owinięcia kartusza przewożonego w kubku + zmywak kuchenny Zapalniczka Nóż do jedzenia Łyżka tytanowa – Ali Worek wodoszczelny do przewożenia jedzenia które może się uszkodzić podczas transportu i zabrudzić pozostały ekwipunek - Ali Torba płócienna do zakupu jedzenia i jego przewożenia Obrus z kawałka koszuli żeby położyć gdzieś jedzenie na biwaku. Herbata, cukier, sól , wszystko w osobnej torebce strunowej. Elektronika : Telefon Xiaomi RN 12S – nawigacja Stary telefon Xiaomi RN 4A do robienia zdjęć, co ciekawe robi ładniejsze zdjęcia niż nowy Powerbank 30 tys – Ali Niedawno kupiłem telefon z szybkim ładowaniem więc nie będę zabierał już panela solarnego tylko telefon będzie ładowany podczas posiłku w knajpach lub sklepach spożywczych w przerwie na małe co nieco. Ładowarka – 2 szt Kabel USB – 3 szt (2 x typu C, 1x micro, 1 przejściówka C - micro) Latarka czołowa Sofirn SP 40 – Ali Minilampki przód+ tył na USB - Ali Apteczka w torebce strunowej : Gripex Żel po ukąszeniu Folia Nrc Plastry Bandaż elastyczny Opatrunek medyczny Lasso na kleszcze Zestaw naprawczy w woreczku : Klucz wielofunkcyjny - Crivit z Lidla Pompka - Decathlon Dętka 1 szt. Łatki do dętki Łyżki do opony Hak do przerzutki Skuwacz do łańcucha Spinki do łańcucha 3 szt. Adapter do pompowania zaworów presta na stacji benzynowej. Zapasowe zawory presta 2 szt. Plastikowy miniklucz do dokręcania zaworów presta Trytytki 10 szt. Łatki samoprzylepne do naprawy materaca Taśma naprawcza – 2 metry Linka kevlarowa – 3 metry Rurka naprawcza do łączenia złamanego stelaża od namiotu Olej do łańcucha – 20 ml Szmatki do czyszczenia łańcucha 5 szt. Rękawiczki nylonowe jednorazowe do czyszczenia łańcucha 5 szt. Rękawice robocze w razie naprawy Dodatkowe rzeczy : Miniplecak 10 litrów – Decathlon Przewożę w nim wszystkie luźne duperele , wartościowe rzeczy i zabieram na czas zakupów Portfel, karta płatnicza Mini otwieracz do piwa Linka Abusa Mały lekki ulock Kawałek plandeki żeby wypakować cały ekwipunek na biwaku Minikarimata/ Poddupnik żeby usiąść na suchym czystym podłożu w trasie lub na biwaku Rękawice robocze do prac obozowych Troki 2 szt. – do przypięcia worka transportowego na bagażniku Gaz pieprzowy Linka Paracord grubość 2 mm – 2 szt po 10 metrów. Wiąże pomiędzy drzewami do suszenia śpiwora, ciuchów , namiotu, podłogi od namiotu itp. Uchwyt na telefon Gub Pro 2 Lusterko Zefal Dooback 2 KONIEC To nie jest prima aprilis. × Bez tego nie podchodź;) |
A tu historyczna ciekawostka w klimacie 1 kwietnia.
Cyfrowa animacja Bitwy Pod Parkanami. Nie tylko Pod Wiedniem była istotną. |
Zajmująca fizyka...
...polecałem już książkę z tej serii. Powinna zagościć w biblioteczce każdego rodzica. W filmie: "...pytanie jak działa rower? - jest zaskakująco podobne do pytania: jak lata samolot?. Nie ma jednej, krótkiej odpowiedzi. To nie jeden mechanizm, lecz synergia wielu efektów: stabilizacja żyroskopowa, geometria ramy, mikrokorekty kierownicą, interakcja opony z podłożem. A do tego jeszcze integracja biologii z techniką â mięśni z przekładnią, metabolizmu z mechaniką klasyczną....". I jak zawsze bogata bibliografia. Jeden z moich ulubionych współczesnych prezenterów nauki, który w fascynujący sposób przybliża nam fizykę na co dzień. Warto przesłuchać dwa lub trzy razy, porobić notatki i sięgnąć do literatury. Szukać potwierdzenia, stawiać samemu sobie pytania i udzielać odpowiedzi. Z fizyką jest jak z wychowaniem fizycznym. Pokaz czyni cuda. Oczywiście wiedza, dlaczego rower jedzie - w niczym rodzicowi do nauki dziecka niepotrzebna poza jednym, że po którejś, kolejnej próbie puszczenie gagatka samopas, po prostu przyniesie efekt. Im mniej jednakowoż troskliwy tata będzie w tym procesie nauki, fizycznie dziecku pomagał, tym lepiej. Z czasem rowerzysta może dojść do poziomu speca od niezbędnej listy zbędnych fantów i wiedzy eksperckiej pozwalającej wytłumaczyć, że gravel to... Ja nie czuję się rowerowym ekspertem, by rozwiązać zagadkę zawartości rowera w rowerze, bo zatrzymałem się w rozwoju na etapie rowerowego Grzesiuka. "...Dwieście kilometrów z bagażem to nie byle co, ale jak ja tę trasę przerobiłem w obie strony nogami, to co to dla roweru? Jeden dzień - i jestem w Lublinie, następny dzień - na miejscu. [...] Rano pogoda była taka coś nie bardzo, ale, od czego optymizm - pogoda się ustali. I faktycznie. Ledwie dojechałem do Wawra, zaczął kropić mały deszczyk. Drobiazg - tydzień taki deszcz musi padać, żeby mnie przemoczyć. Ale jemu, draniowi, widocznie się śpieszyło, bo zaczął padać gęściej. [âŚ] Pech, cholera! W Wiązownej pękła przekładnia, dalej jechać nie mogę, bo spada. Rower za rogi i dalej piechotką, a rower obok mnie. Jest kuźnia. Pytam kowala, czy da rade z naprawieniem przekładni. Dobra nasza - jest jakaś stara przekładnia, którą nałożył mi na miejsce pękniętej za jedne trzydzieści złotych.[...] Jest niedziela, deszcz nie pada, szosa z wybojami się skończyła, teraz jadę po asfalcie i śpiewam sobie wesoło. Śpiewająco dojadę do Lublina. Pech! W rowerze urwał się prawy pedał, a ja jestem dopiero w połowie drogi między Rykami a Kurowem. Więc swojego bydlaka za rogi i marsz przed siebie - i szosa dobra, asfaltowa i deszcz nie pada. Ciągnąłem go ze trzy kilometry, zanim doszedłem do wsi przy szosie. W pobliżu szosy kuźnia. Podchodzę - zamknięta. Prawda, przecież to niedziela. Odnalazłem kowala i proszę o przyczepienie pedału.- W niedzielę nie będę robił, choćby mi pan nie wiem ile zapłacił â odpowiedział na moja propozycję dobrej zapłaty. A tu pogoda ładna i dopiero godzina jedenasta rano.[...] Gdy byłem już na przedmieściach Lublina - pech! Widzę, przednie koło coś dziwnie mi się kiwa, jak pijane obija się po bokach widelca. Zlazłem z roweru i cóż: pękła ośka. Cholerny, zbuntowany rower! Bydlę przeklęte. Za kierownice go i znów piechotą przez cały Lublin [...] Było już po południu, gdy wyjechałem z Lublina. A tu trzeba przejechać jeszcze prawie sześćdziesiąt kilometrów. Którędy jechać? Przez Piaski dalej - ale szosa. Przez Łęczną bliżej - ale kawałek chłopską drogą, jak mi tłumaczono. Ale to dobra droga. Rowerem dobrze się jedzie. Wybrałem drogę przez Łęczną i przekląłem Łęczną, drogę, rower, wojnę, Niemców oraz cały świat razem z jego satelitami, już nie ważne nawet było to, że co kilkanaście minut padał deszcz - ale to, co zobaczyłem, gdy minąłem Puchaczów. Ten kawałek dobrej drogi to chyba osiem kilometrów błota i gliny zalanej wodą. [...] Poprzedniego dnia jeden gospodarz przywiózł mi z Chełma pięć kilogramów tytoniu i dziesięć litrów spirytusu. Na spirytus przywiozłem z sobą ośmiolitrową bańkę i dwie jednolitrowe wojskowe manierki. Spirytus był koloru żółtego i zalatywał rdzą - podobno przechowywany był w zardzewiałej beczce - ale to drobiazg, najważniejsze, że siłę przepisową posiadał. [...] Tym razem zaczęło się dobrze. Deszczu nie było, kałuż też nie było, wiec tra-la-la, śpiewająco się pedałuje. Ale pech to pech. Kilometr przed Piaskami pękł mi łańcuch. Dociągnąłem rower do miasteczka, kowal zajął się jego reperacją..." Książkę skąd pochodzi cytat, każden młodzieniec powinien przeczytać. Podobnie zawiasem oczu objąć coś Ze wspomnień cyklisty. To idealne ujęcie moich przygód no i klasycznie - snów na jawie. Fakt, że zebrał je w całość Aleksander Głowacki nadaje moim przygodom właściwy im wymiar. Wydanie tych wspomnień miało dla pana Aleksandra dość poważne konsekwencje, bo ponieważ po sukcesie/skandalu tychże autor ukrył się pod pseudonimem i świat już nigdy o nim nie usłyszał. |
Cytat:
U mnie raz na kwartał przez 10 dni taki mix: 1/4 łyżeczki cynamonu cejlońskiego mielonego, 1/8 łyżeczki czarnuszki mielonej, troszkę czosnku zgniecionego (lub bez w zależności jak dzień ma przebiegać, aby nikomu nie przeszkadzało), pół cytryny, zalewam ciepłą wodą, dodaję 2 łyżki zielonej mętnej oliwy i na koniec mała łyżeczka miodu (mój ulubiony do tego lawendowy lub jaśminowy). Wypić z rana i po 2h mega głód zacznie się pojawiać ;) Pychotka i każdemu polecam :Thumbs_Up: Można zrezygnować z czosnku czy czarnuszki jeśli ktoś ma problemy ze zgagą po niej... tutaj już w zależności co kto lubi... ;) I uważać, jeśli cynamon zwykły cassia, aby nie przesadzać z ilością, bo zawiera kumarynę, co może szkodzić wątrobie.. A zamiast tych specyfików z apteki, polecam kupić tymianek i na drobniutko zmielony dodać do tej mikstury i też rewelacja na bolące gardło czy kaszel, również kaszel "poszlugowy"... :lol8: Syrop na kaszel czy kipę też domowy: 2 cebule drobno do słoiczka z tymiankiem i majerankiem, zasypać troszkę cukrem, zakręcić i postawić w ciepłym miejscu... po 3h odlać soczek i wycisnąć z resztek i po łyżce z rana i na wieczór, można też miodem doprawić... kaszel czy kipa szybciej i łagodniej mija... ;) Nie trzymać dłużej niż 3 dni w lodówce... Babcine recepty najlepsze !! :D |
| Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:46. |
Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.